|
środa, 25 październik 2006 |
|
Uff… no to wróciłem z miasta Gaudiego. Najpierw
był lot w jedna stronę (nie by było prosto łatwo i przyjemnie)… Piechotką na
przystanek, tramwajem na dworzec PKP, pociągiem do Katowic, busikiem z dworca
PKP na lotnisko w Pyrzowicach, wszystko w biegu i w pędzie, PKP oczywiście musiało
zafundować opóźnienia tak, że stosując metody Wojtka sam musiałem skakać przez barierki
by zdążyć nadać bagaż. Lot był całkiem ok, pod warunkiem, że pilot tak
przydzwnił o ziemie ze prawie głowa walnąłem o półkę nade mną (teraz już wiem
po co trzeba mocno zacisnąć pasy).
W Barcelonie też by nie było za łatwo… Autobus
z lotniska (bo oczywiście nie zwróciłem uwagi ze Barcelona-Girona, to nie jest
Barcelona tylko miejscowość oddalona od Barcelony jakieś 100km grrr….) do
Barcelony, później kawałek na piechotę (u Hiszpanów nie istnieje pojecie „railway
stadion” i nijak się nie mogłem dowiedzieć gdzie to jest), metrem z dwiema
przesiadkami, w końcu znalazłem stacje (nawiasem mówiąc była to ta sama stacja
w podziemiu z której odchodza wagoniki metra grrr….) i pociag do Sabadell,
jeszcze tylko 700m piechota i jestem w hotelu. Cała podróż od wyjścia z domu
całe 13h ale za to z jakimi atrakcjami ;)
Obszerna relacje z Barc, a naprawdę jest co
opisać i powiedzieć ma nadzieje ze wkrótce umieszczę.
|