|
Moj pierwszy (w zasadzie drugi, ale ten się nie liczy) udział w maratonie rowerowym niestety nie skończył się dla mnie szczęśliwe. Z prawej reki wybity duży i środkowy palce w połowie długości, serdeczny i mały u nasady, do tego złamana czwarta kość śródręcza. Aby tego było mało rozbite lewe kolano, z którego sanitariusz wyciągał kamyki, podrapana i posiniaczona lewa łydka, udo, pośladek, biodro, bark i łokieć. Wszystko skończyło się pięciotygodniowym gipsem…. No, ale po kolei…
Poranek 27 sierpnia 2006, trasa Mega 69km. Jedziemy wraz ze znajomymi w drużynie Motoroweru. Śliczne, żółto-czarne koszulki z logo Batmana na piersi. Numery startowe, chipy rejestrujące czas pobrane dzień wcześniej, wszystko gotowe. Ustawiamy się na linii startu wraz z prawie tysiącem osób. Jakieś 30 minut wyczekiwania, końcowe odliczanie, ścieśnienie szyków i w końcu…. Start… czołówka wystartowała i po wręcz kilkunastu sekundach znika z krakowskich Błoń… A my … no jeszcze nie wystartowaliśmy ustawiając się jak początkujących przystało prawie na samym końcu startującego peletonu…. W końcu jednak i my wyruszyliśmy, jedziemy z Maćkiem obok siebie po wertepach Błoń (ubiłbym tych wszystkich, którzy pozwalają psom kopać tam dziury głębokie na kilka, kilkadziesiąt centymetrów).
Z Błoń kierujemy się wzdłuż Rudawy, by między domami śmigać wśród obserwujących nas ludzi. Taka masa pędzących na rowerach i przeciskających się miedzy sobą ludzi, nie wróży nic dobrego chyba… Przede mną na środku zatrzymuje się człowiek, szybkie hamowanie, krzyk „na bok człowieku” i udało mi się go ominąć.. Kolega za mną nie miał chyba tego szczęścia, podobnie jak inny zawodnik zmieniający dętkę już na nie całym drugim kilometrze. Ale jedziemy dalej, szybki skręt na wąski mostek, później w lewo w Królowej Jadwigi i w kierunku podjazdu pod krakowskie ZOO. Ciekawe jak teraz będą sobie radzić pędzący około 35km/h rowerzyści. Zaczyna się podjazd i…. wszyscy zwalniają … Na podjeździe spokojnie wyprzedzamy z Maćkiem kilkudziesięciu zawodników. Przed samiutkim ZOO skręcamy w prawo wśród dopingujących nas niedzielnych spacerowiczów i znowu delikatnie pod górkę. W Lasku Wolskim niewielki zjazd, na którego końcu człowieczek zabezpieczający trasę krzyczy „Ostry skręt w prawo, ostry skręt w prawo”, tego że za skrętem znajdują się słupki na szlaku już niestety nie mówi. Po około 300m zaczynają się problemy, dość stromy, śliski zjazd kończy się korkiem. Część ludzi sprowadza rowery by nie upaść i nie wpaść na zawodników przed nimi. My sprytnie wykorzystujemy pobliskie krzaki by przebić się i ominąć korek. Teraz tylko wskoczyć na rower i śmigamy dalej wzdłuż ulicy Zakamycze.
Niewielki podjazd i wypadamy na asfalt, będzie można nadrobić kilkanaście sekund straconych na zjeździe z Lasku Wolskiego. Z asfaltu tuż przed drogą miedzy Kryspinowem a Balicami skręcamy w prawo, gdzie mijamy fotografującego nas Witka (zdjęcia w galerii) i pędzimy dalej wśród pól w kierunku kładki przez autostradę. Policja na każdym kroku zabezpiecza ulice tak by nikogo z uczestników nie potracił przypadkowy samochód. Mijamy autostradę i obok lotniska kierujemy się w kierunku Morawicy. Tu pierwszy bufet. Szybkie uzupełnienie płynów (szkoda, że Powerade’a limitują tylko do kilku łyków), napełnienie bidonów i w dalsza drogę, wzdłuż autostrady. Po drodze mijam kilku pechowców, zerwany łańcuch, jakaś złapana guma. Wszyscy szybko i sprawnie chcą naprawić usterki by móc pędzić dalej.
Jest 25km, wcześniej zaczął się kolejny podjazd, część zawodników prowadzi rowery pod góre, część stara się wjeżdżać, słychać pokrzykiwania „Lewa wolna… Prawa wolna”. Około 28km mamy zjazd, ślisko, wszędzie kałuże błota chlapiącego na wszystko dookoła. Słychać pokrzykiwania „Uwaga.. Korek…Uwaga…Ślisko”. Uczestnicy starają się ominąć kałuże, a ja zachęcony przejazdem jednego z nich staram się ja pokonać przez środek. Efekt, podpórka i nogi prawie po kolana upaprane w błocie, ale nic to…umyje się po maratonie. W okolicach Rybnej zaczyna się kolejny podjazd, ludzie są już trochę zmęczeni (przynajmniej ci, wśród których jadę, Maciek gdzieś się zgubił po drodze, nie wiem czy jest za mną czy przed). W Kozieńcu czeka nas zjazd, wąski jar z bardzo śliskimi wystającymi kamieniami, gdzieniegdzie płaty mokrej gliny. Trzeba uważać by nie zaliczyć gleby, bo chwila nieuwagi i …. Przede mną gość w koszulce Anionu właśnie przeleciał przez kierownice, wyglądało to groźnie. Krótkie pytanie „Czy wszystko w porządku? Jak głowa?”. Z uśmiechem na ustach mówi ze „OK.”. Ja pędzę zatem dalej. Wypad nad asfalt i znowu podjazd: ostry, długi, w leśnym jarze. Nie da się niestety jechać wśród osób prowadzących rowery pod górkę, choć w oddali dostrzegam Maćka, który nie daje za wygraną, chce mimo trudności wjechać. Mijam kolejnego zawodnika z defektem, tym razem pęknięta tylna szpilka uniemożliwia mu jazdę. Umorusany biedak taszczy na plecak rower i tylne koło. Podczas chwili konwersacji we wspólnym podejściu dostrzegam, że ma podbite oko. Wygoi się, miał chłop szczęście ze skończyło się to poważniejszym urazem. W momencie, kiedy można znowu wsiąść na rower opuszczam mego kompana podejścia. Uff… następny bufet… Chwila pokrzepienia, kilka kawałków arbuza, trzeba dostarczyć cukru organizmowi, jakieś ciacha, Powerade i w czas w drogę. Stąd jedziemy z Maćkiem znów razem. Jest 35km, połowa trasy.
Za autostradą znów mamy podjazd, tym razem jednak asfaltem. Wydaje się prosty, choć mnie nie udaje się go pokonać. Jak większość stawki, w której jedziemy, podprowadzamy rowery. Tuż przed Nielepicami mamy kolejny leśny zjazd. Jest ostry, śliski wśród drzew. Zawodnicy sprowadzają rowery a jak wraz dwoma pilotami na krosowych motocyklach zjeżdżamy na dół. Momentami zastanawiam się czy też nie zejść z roweru. Jednak nie daje za wygraną i wypadam na drogę w Nielepicach, gdzie oczom moim ukazuje się znów asfaltowy podjazd. Grrr… kto układał ta trasę, nie może być choć trochę po płaskim teraz. Na 40km asfaltowy podjazd zamienia się leśną ścieżkę o dość łagodnym nachyleniu. Da się jechać, więc w drogę, może uda się przesunąć kilka pozycji w rankingu. Za Kleszowem zaczyna się leśny zjazd. Chyba najbardziej niebezpieczny z całości trasy. Leśne poszycie nie daje oparcia oponom, rower się ślizga, ucieka, trzeba się bardzo starać by nie upaść. Uff udało się…Jedziemy dalej zatem skraju lasu. W pewnym momencie dociera do mnie hałas warczących silników motocyklowych oraz dobiegający głos ich kierowców „Lewa wolna, będzie jechało Giga, lewa wolna”. Jak to Giga ??? Ja jeszcze nie skończyłem pętli, a Giga już kończy drugą? Goście jada na jakiś prochach czy jak? Usuwam się na bok, motocykliści mijają nas około 20 może 25km/h a za nimi może po 30 sekundach przeleciało (dosłownie przeleciało) dwóch maratończyków z taką sama jak nie większą prędkością. I nie ważne czy jechali po jakiś krzakach czy po ścieżce, po prostu przelecieli. Panowie… Szacuneczek dla was, pełen respekt.
W pobliżu miejscowości Burów znowu zaczyna się podjazd, podprowadzamy rowery jednocześnie wymieniając opinie dotyczące dwóch zawodników z Giga. Ciekawe czy pod ta górę też tak szybko śmignęli? Rozmowa ze współzawodnikami umila podejście. To jest tak dość ostry podjazd, za nim już tylko płasko, niewielki podjazd pod ZOO od strony Kryspinowa, zjazd i podjazd pod Kopiec Kościuszki. Czas spiąć się i przycisnąć tempo, w końcu taki miałem plan. Zaczynam cisnąć bardziej od 50km. Podjazd się kończy, wsiadamy na rowery i pędzimy wszyscy dalej, w dół wzdłuż polnej drogi. Jest trudno, ale nie niemożliwie trudno, gorsze zjazdy przeżyłem już w swoim życiu. Jeszcze tylko kilkaset metrów i wjeżdżamy na asfalt i tu będę mógł przycisnąć. Wypadam z zakrętu i przed moimi oczami ukazuje się piękna i okazała wypłukana przez padające deszcze dziura. Tylko nie na głowę. Tylko nie na głowę. Taka myśl kołacze mi w mózgu, jak przelatuje przez kierownicę. Chyba zasłoniłem się rękami. Tego faktu nie pamiętam… Podnoszę się z ziemi, szybko zabieram leżący kilka metrów dalej rower i odciągam na bok. Jeszcze ktoś na niego wpadnie i zaliczy podobną glebę.
Patrzę na siebie. Rozbite i zakrwawione kolano, zdarte udo i łydka, z trzech palcy i łokcia lewej reki cieknie krew, porozrywane rękawiczki, ale głowa chyba cała. Przynajmniej nie boli. Na usta cisną się przekleństwa i łzy napływają do oczu... K……wa…. Za chwile pojawia się sanitariusz, pewnie zawiadomiony przez mijających mnie innych zawodników. „Czy uderzyłeś się w głowę? Czy uderzyłeś głową o ziemnie” słyszę wśród chrzęstu pryskających spod kół kamieni? „Jeszcze nie wiem” odpowiadam zdawkowo. Po chwili jednak okazuje się głowa cała, nic się z nią nie stało na szczęście. Sanitariusz opatruje moje rozbite kolano wyciągając przy okazji malutki kamyk spod skóry, opatruje łokieć i krwawiące palce. Wskazujący palec lewej ręki ląduje w szynie. Cała operacja trwa jakieś 30 minut, może ciut więcej. Dzięki ci wielkie człowieku za twą pomoc.
Po opatrzeniu decyduje się jechać dalej. Jeszcze nic nie wiem, że z prawą ręką jest cos nie tak. Boli, ale wygląda na całą. Nie krwawi, nie ma wyraźnych siniaków, palce chyba całe, stłuczone, ale można nimi delikatnie poruszać. „Do wesela się zagoi” wołam do sanitariusza i już jestem na rowerze by jechać dalej. Teraz tylko podjazd asfaltem, skręt w lewo w polną drogę w kierunku Aleksandrowic. Silny ból przychodzi znienacka, podczas hamowania. Nie mogę poruszyć palcami prawej wśród szczelnie opinającej ją rękawiczki. Boli jak jasna cholera. Wycofać się … Nie jadę dalej, przecież to tylko małe stłuczenie, zaleczy się jak zawsze po dość ostrych meczach siatkówki. Opierając prawą dłoń na kierownicy poruszam się dalej. Mijam autostradę, trzeci bufet, na którym się nawet nie zatrzymuje (mam jeszcze pół bukłaczka Powerade’ow). Przed Cholerzynem skręcamy w lewo i oznaczonym szlakiem maratonu kieruje się w kierunku Kryspinowi. Mija mnie kilko rowerzystów, pewnie to Giga jedzie. W Kryspinowie przecinam trasę 74 (jak się później okazało pierwszy wstrzymany samochód przez policje prowadził Czarek) by powoli dotrzeć do Lasku Wolskiego w miejscu, z którego z niego wyjeżdżaliśmy. Poruszam się wolno kierując jedną ręką, każda próba złapania kierownicy prawą ręką kończy się grymasem bólu na twarzy i przekleństwem.
Pod ZOO podprowadzam rower. W Lasku Wolskim mijają mnie pędzący rowerzyści, ale równiej mijam kilkanaście osób z Mega, niewielki podjazd i podprowadzają rowery. To chyba nie jest ze mną tak źle skoro ja jeszcze jadę. To mnie trochę podbudowywuje. Powoli, hamując tylko przednim hamulcem wyjeżdżam z Lasku, teraz jeszcze podjazd pod Kopiec … Nie tego na pewno nie dam rady zrobić, nie mogę złapać mocno kierownicy. Podprowadzając rower wyprzedzam jeszcze kilku zawodników, niektórzy z nich ciężko oddychają prowadząc rowery. Zjazd z Kopca na ulice Królowej Jadwigi okazał się łatwiejszy niż przypuszczałem. Wprawdzie trudno było utrzymać się na rowerze hamując tylko przednim hamulcem, ale ścieżki były równe i nie trzęsło. Prawa ręka oparta na kierownicy nie bolała aż tak bardzo jak na polnych ścieżkach, gdzie trzęsło i telepało we wszystkie strony. Jeszcze tylko szybki skręt w ulice Korzeniowskiego, przejazd przez mostek na Rudawie, przecięcie Piastowskiej i po wertepach na Błoniach wjazd na metę (oj te ostanie kilkaset metrów po dziurach wśród łąki dało w kość).
Jest … Jest … skończyłem swój pierwszy w życiu maraton i nie byłem ostatni.
Dystans: Mega 69,6km
Klasyfikacja ogólna: miejsce: 698
W swojej kategori wiekowej: 190
Czas przejazdu: 05:23:51
Zwycięstwo nad samym sobą okupiłem jednak dość duzymi obrażeniami: z prawej reki wybity duży i środkowy palce w połowie długości, serdeczny i mały u nasady, do tego złamana czwarta kość śródręcza, rozbite lewe kolano, podrapana i posiniaczona lewa łydka, udo, pośladek, biodro, bark i łokieć, palce lewej dłoni podrapane i zdarte, pokaźny siniak na nadgarstku lewej dłoni. Planowany pięciotygodniowy gips na prawej ręce do wesela się zagoi, ale w tym roku żegnaj już rowerze. I szlak trafił Bike Trip 2006 - Espana
Oczywiście z maratony posiadam troche zdjęć w swojej kolekcji, wprawzie nie robione przezemnie jak i mnie na nich nie ma ale moż ktoś z was odnajdzie na nich siebie. Galeria do przejrzenia tutaj.
|